poniedziałek, 20 maja 2013

Spowiedź zdrajcy XV



listopad 1981
Musiałem uciekać i to jak najszybciej. Zniknąć stąd całkowicie, najlepiej w ogóle wyjechać z kraju, o ile mi się to powiedzie, byleby tylko zmylić pościg, zdołać mu uciec. Ścigała mnie tylko jedna osoba, ale wiedziałem, że nie spocznie, aż nie osiągnie celu, chociażby miał za to drogo zapłacić. Był do tego zdolny, pomściłby ich śmierć, nawet jeżeli sam miałby przy tym stracić życie. Za dobrze go znałem, by w to wątpić.
Nie spodziewałem się tego, nie chciałem, aby to wszystko tak się skończyło. Czarny Pan miał zabić tylko młodego Pottera, swego największego wroga, więc dlaczego Lily i Rogacz także stracili życie? Dlaczego?! To miała być moja zemsta, jednak nie chciałem, by ona zginęła. Przecież była niewinna, więc dlaczego nie oddała życia syna, by zachować własne? Nie potrafiłem tego zrozumieć.
Najgorszy był jednak triumfujący śmiech Czarnego Pana, gdy w końcu powiedziałem mu, jak może znaleźć Potterów. Nie potrafiłem pozbyć się go z mojej głowy i wiedziałem, że będzie towarzyszyć mi już do końca życia.
Gorączkowo zastanawiałem się nad tym, jak teraz mam postąpić. Musiało istnieć jakieś wyjście z tej sytuacji. Śmierciożercy nie wiedzieli o mnie, nie wiedzieli, że to ja dałem naszemu panu klucz do ostatecznej rozgrywki. O ile któremuś z nich tego nie wyjawił, przemknęło mi przez myśl. O ile ten tajemniczy szpieg o niczym się nie dowiedział. Wolałbym pozostać w cieniu, bo wtedy cała wina mogłaby spaść na mnie, a zemsta niektórych z nich byłaby okrutna.
Drugą ważną kwestią pozostawało to, ile wiedział Dumbledore. Uciekłem z mojej kryjówki tej samej nocy, w której Czarny Pan zaatakował Potterów i niedługo po tym on ruszył w pościg za mną. Czy miał czas, aby powiedzieć komuś o wszystkim? Czy może od razu ruszył w pogoń, by sam wymierzyć sprawiedliwość, by dać zadość krzywdom, do których pośrednio sam się przyczynił?
Musiałem zniknąć! Musiałem… A jeżeli nie zdążył…? Wtedy w mojej głowie zagościło idealne rozwiązanie. Skoro i tak dla świata musiałem być martwy, to także jego mogłem za sobą pociągnąć. Przecież byłem śmierciożercą. W związku z tym pokażę mu, na co mnie stać.
~ * ~
Czekałem na niego w miasteczku nieopodal mojego domu rodzinnego. Nie miałem innych pomysłów, a musiałem ściągnąć na niego uwagę w miejscu, w którym będę mógł wcielić swój plan w życie. Najważniejsze, że to ja musiałem zaskoczyć jego, nie na odwrót. Miałem tylko nadzieję, że Zakon o niczym nie wie, że żyje tą fałszywą informacją.
Zdziwiłem się, że nie musiałem na niego czekać tak długo, jak przypuszczałem. Już z oddali widziałem spacerującego po chodnikach dużego czarnego psa. Nie mógłbym pomylić go z nikim innym. Przyszedł do mnie, by dokonać zemsty, jednak nie spodziewał się, że obróci się ona przeciwko niemu.
Zamieniłem się w człowieka i wyszedłem z zaułka, w którym na niego czekałem. Nie przejmowałem się tym, że miałem na sobie szaty czarodziejów, na dodatek w dość tragicznym stanie. Niektórzy mugole zauważyli to, co zrobiłem i przystawali, by przyjrzeć mi się uważniej. Cieszyłem się z tego w duchu, im większą uwagę na nas ściągnę tym lepiej. Dla ministerstwa najlepszymi świadkami są właśnie nic niepojmujący mugole.
Łapa zauważył mnie i także przeistoczył się w człowieka, co wzbudziło jeszcze większe zainteresowanie, jednak starałem nie przejmować się publicznością. To było starcie między nim a mną. Ucieszyłem się, że na moją korzyść działał też jego wygląd. Włosy rozczochrane, z zaplątanymi w nich gałązkami i liśćmi, oczy, pełne obłędu, w których płonął ogień wściekłości i chęci zemsty. Jego szata była postrzępiona i podarta w wielu miejscach, a na dodatek brudna.
Stanęliśmy naprzeciwko sienie na środku ulicy, nie przejmując się tłumem mugoli. Po moich policzkach popłynęły łzy szczęścia. Plan się powiódł. Już niemal wygrałem tę bitwę! Swą własną wojnę!
– Glizdogon… – wycedził Syriusz przez zaciśnięte wargi. Wiedziałem, że jego postawa świadczy o tym, że ledwo panował nad sobą. Nadszedł odpowiedni moment, nie mogłem się zawahać.
– Lily i James… Syriuszu! Jak mogłeś! – wrzasnąłem na całą ulicę, by zwrócić na siebie jak największą uwagę.
Zdziwił się moim zachowaniem, ale już po chwili miałem w ręce różdżkę i jednym, szybkim zaklęciem odciąłem sobie jeden palec. Bolało jak cholera, ale musiałem działać dalej. Rzuciłem ostatnie zaklęcie. Rozwaliło niemal pół ulicy, na której staliśmy, ale to wystarczyło. Mgła osłaniała mnie przed wzrokiem mugoli pozostałych przy życiu. Zmieniłem się w szczura i zbiegłem do kanału, słysząc za sobą szaleńczy śmiech Łapy.
Później dowiedziałem się, że natychmiast pojawili się na miejscu aurorzy. Złapali Blacka, niebezpiecznego przestępcę winnego śmierci Potterów, jak zeznali wiarygodni świadkowie i zesłali do Azkabanu bez procesu. Peter Pettigrew zginął razem z tymi wszystkimi mugolami, a pozostał po nim jedynie palec. Otrzymał pośmiertnie Order Merlina Trzeciej Klasy, który razem z palcem wręczono jego matce. Chyba pierwszy raz w życiu była dumna z syna.
~ * ~
grudzień 1981
Nie odważyłem się uciec z kraju w obawie, że nawet za granicą ktoś mógłby mnie rozpoznać i donieść o wszystkim ministerstwu lub Dumbledore’owi. Postanowiłem ukrywać się w Wielkiej Brytanii, żyjąc przy tym jak najbliżej czarodziejów.
Długie miesiące spędziłem na Pokątnej, żyjąc razem z innymi szczurami i żywiąc się resztkami, które zdołałem znaleźć. Było to najlepsze, co mogłem zrobić. Na razie do głowy nie przyszedł mi żaden inny plan, a nie miałem nikogo, komu mógłbym powierzyć swój sekret. Zresztą, życie nauczyło mnie, że nigdy nie można być pewnym przyjaciół, dlatego mój sekret bezpieczny był jedynie u mnie.
Pewnego dnia zauważyłem pod sklepem z magicznymi zwierzętami kawałek wafelka, który upuściło jakieś dziecko. Jak zmieniło się życie, gdy wojna dobiegała końca! Podreptałem w tamtą stronę, by ze smakiem zjeść przysmak. Tak się w tym zatraciłem, że przestałem obserwować otoczenie. Właśnie wtedy ze sklepu wyszedł jakiś wysoki czarodziej w starej, połatanej szacie. Miał zmartwioną minę, jakby coś nie poszło po jego myśli. Ostatni raz rzucił tęskne spojrzenie na wystawę i miał już odejść, gdy jego wzrok padł na mnie. Schylił się i podniósł mnie, zanim zdążyłem uciec.
– Uciekłeś ze sklepu, mały – zagadnął, przyglądając mi się uważnie. – Wyglądasz na wychudzonego, na dodatek nie masz jednego palca. Pewnie ciężko jest ci na wolności. – Zamyślił się przez chwilę, po czym jego piegowatą twarz rozjaśnił uśmiech. – Zabiorę cię do domu – postanowił i tak też zrobił.
W taki sposób trafiłem pod dach jednej w pełni czarodziejskich rodzin. Nie powodziło im się najlepiej, dlatego nie było ich stać na zwierzątko dla jednego z sześciu synów. Wobec tego ja stałem się tym prezentem. Nie narzekałem z tego powodu, gdyż lepszego miejsca na kryjówkę przed światem nie mogłem sobie wybrać.
Dobrze mnie traktowali i karmili, całymi dniami mogłem się wylegiwać i nie musiałem się martwić walką z innymi szczurami, do których nie docierało, że jestem inny od nich i nie mają ze mną żadnych szans. A co najważniejsze wszystkie wiadomości z czarodziejskiego świata miałem pod ręką. Wiedziałem o wszystkim, co się działo.
~ * ~
NAJWIĘKSZA TRAGEDIA PO ZAKOŃCZENIU WOJNY
Wczoraj w godzinach wieczornych doszło do najtragiczniejszego wydarzenia w ostatnich miesiącach. Po zwycięstwie Harry’ego Pottera nad Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać nikt nie przypuszczał, że komukolwiek może grozić tak wielkie niebezpieczeństwo.
Alicja i Frank Longbottomowie, najwybitniejsi młodzi aurorzy ostatnich czasów, wielce zasłużeni podczas wojny, zostali napadnięci we własnym domu przez grupę śmierciożerców. Zwolennicy Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać chcieli uzyskać od nich informacje na temat obecnego pobytu ich pana, jakby nie dotarło do nich jeszcze, że został on zabity przez młodego Pottera.
Państwo Longbottom przez wiele godzin byli torturowani klątwą Cruciatus i ostatecznie stracili zmysły, nic nie zdradzając swym oprawcom. Obecnie przebywają w klinice Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Św. Munga, gdzie zajmuje się nimi sztab wybitnych uzdrowicieli.
„Nie sądzę, aby kiedykolwiek udało nam się przywrócić im pełną sprawność umysłową”, mówił dla „Proroka Codziennego” jeden z uzdrowicieli, który wolał pozostać anonimowy. „To zbyt rozwlekłe i poważne obrażenia psychiczne.”
„Nie spodziewaliśmy się, że może dojść do takiej tragedii”, powiedziała jedna z aurorów z Ministerstwa Magii, którzy przybyli na miejsce zbrodni. „Wszystko wyglądało na to, że śmierciożercy zaprzestali raz na zawsze, że ministerstwo złapało już tych najgorszych. To byli nasi bliscy przyjaciele”, dodała, ocierając oczy chusteczką.
Winni zostali zesłani do Azkabanu, gdzie będą oczekiwać na proces.
Augusta Longbottom, matka Franka Longbottoma, odmówiła jakichkolwiek komentarzy. Wiemy jednak, że ona zajmie się wychowaniem syna pary wspaniałych aurorów.
Cały świat czarodziejów pogrążony jest w żałobie i ma nadzieję, że była to już ostatnia tragedia takiej skali.
Przeczytałem ten artykuł w nocy, gdy Weasleyowie położyli się już do łóżek. Robiłem tak codziennie, odkąd znalazłem się pod ich dachem. Na dodatek wiedziałem, że dzisiaj coś wprawiło ich w duże poruszenie.
Jednak, gdy czytałem te słowa, miałem wrażenie, że świat wali się pod moimi stopami. Jak to mogło się w ogóle stać?! Wybiegłem z domu, po raz pierwszy od tamtych wydarzeń zmieniając się w człowieka. Łzy strumieniami płynęły mi po policzkach. Wrzasnąłem, chcąc zaznać ukojenia, ale ono nie przyszło.
Alicja, moja Alicja… Nigdy nie życzyłem jej takiego losu. Zdradzając Potterów, chciałem, by ona była bezpieczna, by nic jej nie groziło, ale jednak zdołali ją dorwać.
Serce pękło mi w pół. Drżałem, nie potrafiąc się opanować. Co oni z nią zrobili, a przede wszystkim kto? W tamtej chwili chciałem się zemścić, zadać im ten sam ból, co oni jej.
Płakałem długie godziny, waląc pięścią w ziemię. Nie przejmowałem się tym, że któryś z Weasleyów mógłby mnie zauważyć.
Mimo to nic takiego się nie stało. Kolejnego dnia z powrotem byłem szczurem. Już nigdy więcej nie zamieniłem się w człowieka. I chciałem, aby tak pozostało.
~ * ~
sierpień 1987
Patrzę na księżyc, zaglądający do pokoju śpiącego chłopca.
Co dzień wspominam moją Alicję taką, jaką była w Hogwarcie, gdy razem spędzaliśmy dni, śmiejąc się i ciesząc z każdego kolejnego dnia. Na wieki pozostała moim aniołem, a zarazem widmem nawiedzającym mnie dzień w dzień, przypominającym o tym wszystkim, czego dopuściłem się w życiu.
Nie chcę wiedzieć, jaka jest teraz, co życie z nią zrobiło. Nie zniósłbym spotkania, na którym nie poznałaby mnie, a jedynie pozostała pustą skorupą, pozbawioną wszystkiego, co miała wtedy.
Jednak te troski przykrywa zwątpienie odnośnie powrotu w mury Hogwartu. Po sześciu latach ponownie mam ujrzeć zamek, jadąc tam jako zwierzątko Percy’ego Weasleya. Zastanawiam się, jak to będzie, ale zarazem wiem, że nie mam się czego obawiać.
Niemal wszyscy zapomnieli już o historii biednego, małego Petera Pettigrew. I wolę, aby tak pozostało już do końca.
~~ KONIEC ~~
I tak kończy się moja historia Petera Pettigrew, o której napisaniu marzyłam już od bardzo dawna. Ostatni rozdział dodany dziś z okazji moich dwudziestych drugich urodzin. Na Braciach Duszy ta data nie wypaliła, więc wykorzystałam ją tutaj ;)
Przede wszystkim chciałam podziękować wszystkim czytelnikom, którzy zagłębili się w historię Petera, mimo że to ten najmniej lubiany z Huncwotów, a nawet pokusiłabym się o określenie, że nielubiany. Dziękuję każdemu, kto przeczytał chociaż jeden rozdział, za wszystkie miłe słowa, które tylko motywowały do dalszego pisania, za wszelkie uwagi, które zmuszały do wysilenia mózgownicy i przemyślenia danego wątku jeszcze raz, a czasem i jeszcze raz. Jesteście wspaniali i dziękuję wam za to :*
Nie lubię się żegnać, szczególnie, że nadal jestem aktywna w blogosferze i nie mam zamiaru się z nią rozstać. Nadal, oczywiście, możecie znaleźć mnie na Braciach Duszy, ale przy okazji chciałabym zaprosić was na moje całkiem nowe opowiadanie Z popiołów. Jest to ff potterowski, którego główną bohaterką jest córka Syriusza Blacka (tak, moi drodzy, Jaenelle w końcu postanowiła pisać o kobiecie). Na dodatek opowiadanie nie ma nic wspólnego z kanonem i chronologią. Wobec tego wszystkich zainteresowanych i ciekawych zapraszam serdecznie na opublikowany tam dziś prolog :)

niedziela, 12 maja 2013

Spowiedź zdrajcy XIV


       październik 1981
Stałem na wzgórzu, patrząc na zgliszcza miasteczka znajdującego się w dole, w którym kilka godzin temu rozegrała się jedna z najgorszych bitew ostatnich czasów. Czarny Pan chciał zabić Milicentę Bagnold, Minister Magii, by ostatecznie przejąć władzę nad ministerstwem. Z tego powodu zmobilizował niemal całe swoje siły, by zagwarantować sobie sukces. Ale ostatecznie coś poszło nie po jego myśli. Ktoś doniósł o tym nadzwyczaj tajnym planie Dumbledore’owi. Zakon postawiono w najwyższy stan gotowości i stawiono opór.
Nie można było powiedzieć, że któraś strona odniosła zwycięstwo. Bagnold nie było na miejscu, ale straty zanotowano zarówno po stronie śmierciożerców jak i połączonych sił Zakonu i ministerstwa.
Nie wiedziałem, dlaczego tu wróciłem, dlaczego patrzyłem na rozwiewany przez wiatr dym z ugaszonych już pożarów, na zawalone budynki, w których nikt już nie zamieszka. Z tej odległości nie widziałem trupów leżących na ulicach, ale wiedziałem, że tam były. Kobiety, mężczyźni i dzieci; zarówno czarodzieje jak i mugole. A wśród nich Claire Teney, której jeden z infriusów przebił brzuch na wylot.
Sam nie wziąłem udziału w walce. Co prawda takie dostałem zadanie, ale przy najdogodniejszej okazji zamieniłem się w szczura i uciekłem na obrzeża miasta, by tam, z bezpiecznej odległości, obserwować to, co się działo.
Jednak najgorsze ze wszystkiego okazało się to uczucie niepewności. Który ze śmierciożerców działał przeciwko Czarnemu Panu i donosił o wszystkich jego poczynaniach Dumbledore’owi? To pytanie nie dawało mi spokoju. Bo jeżeli istniał jakiś podwójny agent, to mógł mnie zdemaskować, powiedzieć o wszystkim przyjaciołom, a wtedy byłbym skończony. Co prawda miałem trzymać się z dala od reszty śmierciożerców, ale jedno słowo za dużo, jeden nieodpowiedni gest i wszystko runie.
Najbardziej spokoju nie dawała mi jednak myśl, że to ja powinienem o wszystkim poinformować Zakon i zapoczątkować plan ochrony Minister Magii. Mógłbym wymyślić jakieś kłamstwo, w którym wyjaśniłbym Dumbledore’owi skąd to wszystko wiem. Lecz za bardzo bałem się reakcji Czarnego Pana, gdyby dowiedział się o moich działaniach. Dlatego po raz kolejny milczałem.
Ostatni raz spojrzałem na zgliszcza, mając nadzieję, że to wszystko niedługo się skończy, nieważne, w jaki sposób, byleby się skończyło. Najgorsze, że miałem klucz do zapoczątkowania końca, znałem obawy Dumbledore’a dotyczące przepowiedni, ale na razie milczałem. Mimo to coraz częściej ta myśl nie dawała mi spokoju i domagała się, bym coś zrobił i wiedziałem, że długo nie pozostanę obojętny.
Teleportowałem się stamtąd z głośnym trzaskiem.
~ * ~
Lily i Rogacz często zapraszali mnie do siebie, ale wtedy wiedziałem już, że tamta wizyta będzie zupełnie inna, jednak nie sądziłem, że to ona zapoczątkuje największy przełom w świecie brytyjskich czarodziejów. Sam fakt, że miałem zachować wszystko w sekrecie i nie mówić nikomu dokąd się udaję (jakby kogokolwiek to szczególnie interesowało) zapalił ostrzegawczą lampkę w mojej głowie.
Siedziałem z gospodarzami i Łapą w salonie, popijając popołudniową herbatę, a mały Harry latał wkoło na swojej dziecięcej miotełce i śmiał się wesoło. Zazdrościłem mu, że nie pojmował tego, co działo się wokół. Zdziwiłem się natomiast, że nie pojawił się Lunatyk. Czyżby Dumbledore wysłał go na jakąś pilną misję?
– To, o czym będziemy tu mówić nie może wyjść poza ściany tego domu – zwrócił się do mnie Rogacz z niezwykłą dla niego powagą.
Kiwnąłem głową na znak, że zrozumiałem, zastanawiając, co też ważnego miał mi do przekazania. Najgorsze, że ciekawość okazała się silniejsza niż zdrowy rozsądek. Nie powinienem w ogóle się na to zgadzać, wikłać w poważne tematy, bo w każdej chwili o wszystkim mógł dowiedzieć się Czarny Pan. Ale pozostałem, naiwnie wierząc, że nic złego stać się nie może.
– Dumbledore twierdzi, że w naszym bliskim otoczeniu znajduje się szpieg, który o wszystkim donosi Voldemortowi – kontynuował Rogacz.
Wzdrygnąłem się i poczułem, że strużka potu zaczyna spływać mi po skroni, serce gwałtownie przyspieszyło swój rytm. Czyżby się zorientowali i dlatego chcieli, bym przyszedł i otrzymał z ich rąk stosowną karę?
– Polecił nam rzucenie zaklęcia Fideliusa – dodała Lily, z troską spoglądając na baraszkującego po pokoju syna. – By nigdy nie mógł nas znaleźć.
– To dobrze – powiedziałem, cisząc się, że ton mojego głosu był normalny.
– Ale to zaklęcie nie jest takie proste, jakby się wydawało. Potrzebna jest jeszcze jedna osoba, która stanie się Strażnikiem Tajemnicy. Tylko ona będzie znać nasze miejsce pobytu – wyjaśnił Rogacz, a ja zastanawiałem się, do czego to wszystko dąży. Czyżby to była moja ostatnia wizyta w domu Potterów i postanowili mi wyjaśnić, dlaczego jutro czy pojutrze ich dom zniknie dla moich oczu?
Mimowolnie spojrzałem na Łapę, by w wyrazie jego twarzy znaleźć potwierdzenie swoich domysłów, ale już po chwili żałowałem, że to zrobiłem. Gdy rozmowa zeszła na poważne tematy, stał się jakiś nieobecny i jakby przytłoczony tym wszystkim. Nie wiedziałem, co tak wpłynęło na jego zachowanie i wolałem nie pytać. Im mniej wiem, tym lepiej, a jeszcze lepiej, że niedługo Potterowie i Longbottomowie znajdą się poza moim zasięgiem i będę mógł spać spokojnie. Wszystko powoli zaczynało się układać.
– Dumbledore chciał zostać naszym strażnikiem, ale mu odmówiłem. Na dodatek zabronił mi wychodzić z domu z powodu tego całego cyrku i zabrał mi pelerynę…
– James! – krzyknęła niezadowolona Lily, wzbudzając tym zainteresowanie Harry’ego. – Dumbledore chce dla nas jak najlepiej.
– I z tego powodu oskarża Lunatyka o szpiegostwo – odezwał się po raz pierwszy Łapa lekko załamanym głosem.
Reszta zamilkła zasmucona, a do mnie dopiero po chwili dotarło znaczenie tych słów.
– Dumbledore uważa, że Lunatyk szpieguje dla śmierciożerców? – próbowałem się upewnić.
– Tak – odpowiedziała mi Lily.
Była to dla mnie szokująca wiadomość. Nigdy nie sądziłem, że to Lunatyk zajmie moje miejsce, że w oczach Dumbledore’a to właśnie ten spokojny, grzeczny człowiek będzie uchodzić za niebezpiecznego śmierciożercę. Po raz pierwszy dotarło do mnie, że wielki czarodziej tych czasów nie był ideałem, mylił się, a ta pomyłka mogła kosztować go wszystko. I to dosłownie. Jakaś część mnie uśmiechnęła się w duchu, zastanawiając się, jak zagrać mu na nosie.
– Dlatego Remus nie może się o niczym dowiedzieć – sprowadziła mnie na ziemię Lily.
– I tak nigdy w to nie uwierzę! – krzyknął niespodziewanie Łapa, wstając z fotela i robiąc kilka kroków w stronę okna. – I jedynym kryterium wskazującym na niego jest jego wilkołactwo. To absurd. Absurd! – Głos mu się załamał.
– Syriuszu, sami uznaliśmy, że to jedyna możliwość, zresztą Dmubledore nigdy się nie myli… – zaczęła niepewnie Lily.
– W dupie mam Dumbledore’a!
Zamilkł, odwracając głowę w stronę okna, by nikt nie zobaczył wyrazu jego twarzy. Przez chwilę wydawało mi się, że próbował ukryć łzy, jednak szybko oprzytomniałem. Kto jak kto, ale Łapa nigdy nie płakałby z takiego powodu, to silny człowiek, który wszystko zniesie. Lily i Rogacz pozostali na miejscach, nic nie robiąc, więc i ja poszedłem w ich ślady.
– Tylko po to mnie zaprosiliście? – zapytałem po dłuższej chwili milczenia, chociaż obiecałem sobie, że nie będę się pogrążał.
– Nie – oprzytomniał Łapa, odwracając się w naszą stronę. Zauważyłem, że wcześniej próbował ukradkiem wytrzeć twarz, jakby jednak płakał.
– Odmówiłem Dumbledore’owi i powiedziałem, że to Syriusz zostanie naszym Strażnikiem Tajemnicy, bo jest dla mnie jak brat. To oficjalna wiadomość, o której dowiedzą się wszyscy członkowie Zakonu – wyjaśnił Rogacz, a mnie powoli zaczynał nie podobać się dalszy tok rozmowy.
– Jednak wpadłem na lepszy pomysł, który całkiem zmyli szpiegów, a o którym wiedzieć będziemy tylko my – kontynuował Łapa. – Ty zostaniesz Strażnikiem Tajemnicy – dodał z dumą, a na jego twarzy pojawił się cień tego dawnego uśmiechu.
– J-ja? – powtórzyłem niepewnie, mając nadzieję, że to jakiś sen, z którego za chwilę się obudzę i okaże się, że znajduję się w Hogwarcie i chodzę dopiero do czwartej klasy.
– Nie rób takiej miny, Glizdek, jesteś idealnym kandydatem.
– Szczerze w to wątpię – wtrąciłem, gdy Łapa brał oddech, by kontynuować wypowiedź.
– Nie rozumiesz? Wszyscy będą sądzić, że to ja, nie ty. Ja stanę się celem ataku. Nikt nie będzie podejrzewać cichego, niepozornego i tchórzliwego człowieka, jakim jesteś – zakończył z dumą, przekręcając sztylet, który wbił w moje serce w połowie ostatniego roku w Hogwarcie.
– Dokładnie – zgodził się z nim Rogacz i nawet Lily nie zaprotestowała, patrząc na mnie błagalnie.
Tchórz, tchórz, tchórz.
To jedno słowo odbijało się echem w mojej głowie, nie dając mi spokoju. Najwyraźniej tylko tym dla nich byłem, takie mieli o mnie zdanie. Zabolało i to bardzo, niemal łzy stanęły mi w oczach, ale starałem się je powstrzymać, by przy nich nie okazać słabości. Coś wewnątrz mnie chciało, bym natychmiast wziął odwet za te słowa, ale zdążyłem się opanować. To nie był odpowiedni czas. Jednak przysięgałem sobie, że niedługo on nastąpi.
– Dobrze, zostanę waszym Strażnikiem Tajemnicy – powiedziałem, spoglądając na ich syna, jednego z dwóch chłopców, o których mogła mówić przepowiednia.
– Dziękuję – szepnęła Lily przez łzy.
Tym samym podpisałem na nich wyrok śmierci, chociaż nie o to mi chodziło. Nie chciałem widzieć martwych moich przyjaciół. Mieli cierpieć, zapłacić za te wszystkie słowa, ale nie najwyższą cenę.
~ * ~
Po jednym ze spotkań Zakonu Feniksa dogoniła mnie Alicja, chociaż tak bardzo starłem się unikać wszelkich rozmów z nią. Sam widok jej uśmiechniętej twarzy ranił mnie dotkliwie i stawał się nie do wytrzymania. Była szczęśliwą żoną i matką, a ja z własnej woli odmówiłem dzielenia z nią życia.
– Wszystko w porządku, Peter? Ostatnio jesteś taki nieobecny – zagadnęła uprzejmie, uważnie mi się przyglądając.
– Tak – skłamałem gładko. – Cała ta sytuacja z przepowiednią, z niebezpieczeństwem, które grozi Harry’emu i twojemu synowi, po prostu zaczyna mnie to powoli przytłaczać. Żałuję, że ta przepowiednia w ogóle została wypowiedziana.
– A ja żałuję, że jakiś śmierciożerca ją usłyszał. Gdyby Aberforth lepiej pilnował swoich gości, nie doszłoby do tego – stwierdziła. Kiwnąłem głową na znak, że się z nią zgadzam, ale w duchu i tak myślałem swoje.
– Wy też pewnie skorzystacie z zaklęcia Fideliusa jak Lily i Rogacz – zagadnąłem, by temat rozmowy znów nie zszedł na mnie.
– Nie.
– Nie? – powtórzyłem z niemałym zdziwieniem. – Ale tu może chodzić o twoje dziecko. Dlaczego?
– Dumbledore jest pewien, że Voldemortowi zależy na Harrym, że to jego naznaczył jako równego sobie. Wydaje mi się, że ma wśród śmierciożerców swojego szpiega, ale nie powtarzaj tego nikomu, bo to tylko przypuszczenia – dodała, ściszając głos, mimo że nikogo nie było w pobliżu.
– Ale Sam-Wiesz-Kto nie wie, o kogo chodzi Obie jesteście w niebezpieczeństwie – powiedziałem, za późno orientując się, że nie powinienem o tym wiedzieć.
Na twarzy Alicji pojawił się wyraz zaskoczenia. Zmarszczyła brwi, jakby się nad czymś zastanawiała, ale nic nie powiedziała, co spowodowało tylko szybsze bicie mojego serca. Czy zdoła domyślić się prawdy?
– Alicjo, pospiesz się, musimy jeszcze zanieść raport do ministerstwa. – Usłyszałem głos Franka Longbottoma i niemal podskoczyłem w miejscu.
– Tak, już idę. Do zobaczenia, Peter. Uważaj na siebie – powiedziała na odchodnym, jej mąż nie odezwał się, jedynie spojrzał na mnie chłodno i wyniośle. Miałem ochotę rzucić na niego jakąś klątwę, by zmazać mu z twarzy ten pyszałkowaty wyraz.
– Cześć – pożegnałem się z nią po raz ostatni, chociaż jeszcze o tym nie wiedziałem.
Obserwowałem, jak oboje udają się do wyjścia z kwatery głównej. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego Dumbledore tak zawzięcie chronił tylko syna Lily i Rogacza, a rodzinę Alicji pozostawił samą sobie. Co z tego, że oboje byli aurorami, Czarnego Pana należało brać na poważnie. I kto miałby mu donieść o takich bzdurach, gdy nie padła jeszcze oficjalna decyzja? Ba! On chciał zniszczyć obu chłopców, by pozbyć się potencjalnego zagrożenia.
W tamtym momencie podjąłem decyzję. Musiałem chronić syna Alicji. Skoro Dumbledore chciał, by to młody Potter stał się wybawcą, to spełnię jego życzenie. A Czarny Pan otrzyma klucz do jego domu. I Rogacz zobaczy, co to znaczy cierpienie.
Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, co stałoby się ze mną, gdyby moje plany się powiodły. Pewnie moje życie niewiele różniłoby się od tego, które wiodę teraz. Może z tym wyjątkiem, że wojna trwałaby nadal.
~ * ~
Tak jak przypuszczałam, rozdział ukazał się po miesiącu. Jest to przedostatnia część historii Petera, myślę, że ostatnia pojawi się za jakieś dwa tygodnie.
Ostatnio weny i chęci dodało mi przeczytanie jednego z moich pierwszych opowiadań. Co prawda podchodzi ono pod opko, ale świetnie się bawiłam czytając te absurdy i głupoty i pisanie w potterowskim klimacie lepiej wychodziło ;)